środa, 14 czerwca 2017

Epilog - Rena

Piękny dzień, idealny na ślub. Wszystko jest takie jak chciałam. Wegańska sukienka z folii, skromne dekoracje i mój ukochany przyjaciel.
Poprawiam ostatni raz sukienkę i chwytam się taty pod ramię. W końcu stanę się "Panią Picker". Nadal ciężko mi w to uwierzyć. Tyle razem przeszliśmy, że w końcu nadszedł ten dzień. Po zaręczynach na koncercie Katy Perry, zaczęliśmy wszystko planować.

Gdy nadchodzi czas przysięgi, tym razem nie mylę imienia pana młodego.
- Robbie, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności... - powtarzam za kapłanem, a następnie nakładam pierścionek na palec ukochanego.
Robbie wykonuję tę samą czynność, a następnie całujemy się. Zgromadzeni goście zaczynają klaskać, a my jesteśmy szczęśliwi, że mamy siebie.

Po uroczystej ceremonii jest czas na wesele. Nia kołysze w wózku swoje maleństwo, które urodziło się miesiąc temu, a Nate czule im śpiewa. Są tacy szczęśliwi... Moi rodzice też się cieszą. W końcu nie ma między nami żadnych tajemnic i wszystko jest wspaniale.

Na początku wesela Taylor i Justin przedstawiają przygotowany dla nas wiersz:
"Słońce zachodziło już po niebie,
Los Angeles we własnym żyło tempie.
Robbie tak czule obejmował Renę,
na ich tajemniczym zielonym terenie...
I dotykał tak intymnie...
I całował tak niezmiennie...
I kochał całym sercem,
nie chcąc od życia nic więcej.
A ona?
Tak przez niego tulona,
chciała aby każdy o niej mówił "Pickera żona".
I troszczyła się o niego, mocno kochała,
szczęścia tylko przy nim zaznawała.
I jak w bajkach ich życie się toczyło,
nigdy nic źle się nie skończyło.
Razem zawsze, razem wiecznie,
tak powtarzają sobie od lat te zakochane "gołębie"."
- To było niesamowite. Dziękujemy. - odpowiadam za naszą dwójkę. Trzeba przyznać, że naprawdę cudowny.
Przytulamy się całą czwórką.
Potem Nia i Nate oraz rodzice także mają dla nas niespodzianki. To piękne z ich strony.

Wybija północ. Spoglądam na Robbiego z miłością i ruszam z nim na środek pokroić tort. Mogę się założyć, że to ulubiona część każdego wesela, na którą wszyscy najbardziej czekają.

Gdy cała ceremonia dobiega końca, jedziemy z Robbiem do naszego domu. Zamieszkałam z nim od razu, gdy tylko wróciliśmy z Torrance do LA. Kładziemy się na łóżku i uśmiechamy do siebie.
- Pamiętasz jak obiecywałem Ci, że nie opuszczę Cię aż do ślubu? Teraz zmieniam to i przyrzekam, iż nie opuszczę Cię aż do śmierci, a nawet i po. Kocham Cię, Ty moja mała weganko. - czule mnie całuje.
- Też Cię kocham i jestem bardzo szczęśliwa, że w końcu jesteś tylko mój, a ja tylko twoja. Tyle na to czekałam, aż w końcu nadszedł ten piękny dzień. Dziękuję, że o nas walczyłeś. - muskam wargami jego usta.
Przy Robbiem czuję się jak w bajce i właśnie tak jest. Pomimo wszelkich trudności, następuje happy end. Piękna księżniczka w końcu bierze ślub ze swoim wymarzonym księciem. Tak jak ukochany nazywa mnie księżniczką, on dla mnie jest księciem. Jest najcenniejszy na świecie i tylko mój.

---
I właśnie tak kończy się to FF...
Długo nie pisałam notek, więc dziś przy Epilogu powiem kilka słów.
To FF pisałam dość krótko, ale jest jednym z najlepszych. Uwielbiam każdy jego wątek, każdego z bohaterów, a najbardziej to jak Robbie nazywa Renę "małą weganką".
Jeśli chodzi o wiersz... Napisałam go na koniec marca, także w wersji anglojęzycznej. Początkowo był oddzielną częścią mojej twórczości, ale gdy pisałam zakończenie tej historii czegoś mi brakowało i tym właśnie był ten wiersz.
Mam nadzieję, że blog się podobał i będziecie czytać kolejny - "Experiment" już od jutra.
XOXO
Wiki R5er

wtorek, 13 czerwca 2017

16 - Nate

Niedzielny poranek po jakże nieudanym ślubie. Spotykamy się wszyscy przy stole: ja, Nia i jej rodzice. Kenny spogląda na mnie z serdecznością, a w oczach Any jest złość. Goście z Modestu mieli z nią wczoraj ostrą wymianę zdań, po tym jak rzuciłem się na tego jednego z pięściami. W każdym razie, teściowa jest na mnie zła, że walczyłem o własną żonę. No cóż, nie wszystko musi być w życiu kolorowo.
- Czy mógłbyś podać mi pomidora? - pyta Ana, patrząc prosto na mnie.
- Proszę bardzo. - podaję jej talerz. - Czy możemy porozmawiać o tym, co wydarzyło się wczoraj?
- Oczywiście. Nawet powinniśmy. - zgadza się Kenny. - Zacznę od tego, że naprawdę Cię podziwiam. Uważam, że jesteś odpowiedni dla Nii. Przy Tobie będzie szczęśliwa i bezpieczna. - mówi kilka pochlebnych słów.
- Przepraszam za wszystko. - wtrąca się Ana. - Byłam tak ślepo zaopatrzona w nich, że zapomniałam o szczęściu dziewczyn. A to one są najważniejsze. - kontynuuje, a ja chwytam jej dłoń.
- Jest dobrze. Najważniejsze, że teraz ze sobą rozmawiamy i jesteśmy na dobrej drodze. - uśmiecham się do niej.
- Dziękuję Ci, Nate. Mam nadzieję, że będziesz już zawsze kochał tę małą kulkę szczęścia. - wskazuje wzrokiem na Ni i wraca do jedzenia śniadania.
- A co z Reną? - do rozmowy włącza się Ni.
- Pojechała za Robbiem. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. - odpiera pan Enea.
- Kochają się, więc na pewno się uda. - zapewniam go i przytulam do siebie żonę.
- Oby. Pasują do siebie. - stwierdza teść i odsuwa od siebie pusty talerz.
Jestem szczęśliwy, że sprawa moja i Nii tak się rozwiązała. Jestem szczęśliwy, że jest blisko i nie muszę już się ukrywać, wchodzić przed okno i robić tych wszystkich głupich rzeczy co do tego momentu.

Popołudniu w naszym domu zjawiają się Rena i Robbie. Uśmiechnięci, wtuleni w siebie. Czyli wszystko jest dobrze.
- Wróciliście! - Nia rzuca się na nich i mocno ściska.
- Miło znów widzieć Was razem. - dołączam się do uścisku.
Po chwili przyłączają się także Ana i Kenny.
- Już starczy. Dusicie. - szepta Re, więc wszyscy się odsuwamy. - Ah, nawet nie wiecie jaka jestem szczęśliwa. Mam Robbiego już na zawsze, jestem wolna od Modestu, a Wy chyba mnie rozumiecie? - mówi, idąc z Pickerem za rękę do salonu.
- Oczywiście. I zorganizujemy Wam taki ślub jaki będziecie chcieli. - pan Enea siada obok córki.
- I będziesz mogła mieć taką suknię jaką chcesz. Nawet wegańską z folii. - dorzuca mama i siada u Kenny'ego na kolana.
- Jaka śliczna rodzina... - zachwyca się Nia. - Zróbmy sobie zdjęcie! - z entuzjazmem klaszcze w dłonie i bierze z półki mój aparat.
Ustawia go na wprost, włącza samowyzwalacz i szybko do mnie podbiega, wtulając się mocno. Urządzenie robi kilka ujęć, więc nie będzie żadnych głupich zdjęć, wiszących na ścianie w salonie rodzinnym Morze Enea. Ah, jak dobrze, że w końcu wszystko jest tak jak być powinno.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

15 - Rena

Po wyjściu z kościoła wpadam do swojego domu po samochód i nieco ubrań i jadę od razu do domu Robbiego. Dobijam się do drzwi, ale nie otwiera, więc wyciągam ze schowka w aucie zapasowe kluczyki i wchodzę do środka. Wszędzie jest pusto, nie ma żadnych jego rzeczy. Wyjechał.  Siadam na podłodze, a po moich polikach spływają łzy. Nagle moją uwagę przykuwa mała kartka przyczepiona do lustra w korytarzu. Jest na niej zapisany jakiś adres. Nie wiem czy to wskazówka od niego, czy po prostu to tu zostawił. Zabieram kawałek kartki i wsiadam do pojazdu. Wpisuję w nawigację te współrzędne i ruszam. Podróż jest długa, ale mam nadzieję, że spotkam się z nim. Nie wyobrażam sobie życia bez niego... Nie chcę nawet myśleć, że mógł coś sobie zrobić.

Po kilku godzinach w korku i sporym kawałku drogi, zatrzymuję się przed ogromną posesją. Zerkam na zegarek, jest prawie 9 PM. Dzwonię dzwonkiem przy bramie, a po chwili wysoka brunetka otwiera mi drzwi.
- Dobry wieczór. - witam się. - Czy mieszka tu Robbie Picker? - pytam od razu.
- Tak, to mój brat. Coś się stało? - odpiera, przyglądając mi się. No tak, przyjechałam w sukni ślubnej.
- Muszę z nim porozmawiać. Mogę wejść? - patrzę na nią błagalnym wzrokiem.
- Poszedł spać, ale mogę zerknąć czy rzeczywiście śpi. Proszę, chodź ze mną. - wpuszcza mnie do domu. - Jesteś Rena, czyż nie? - zagaduje, idąc do schodów.
- Tak. - potwierdzam i rozglądam się po wnętrzu. Już wiem po kim Robbie odziedziczył styl.
- Dużo o Tobie mówił... - rzuca i znika na schodach. - Zaraz będę! - woła i wchodzi do jednego z pokoi.
Chwilę później daje mi znak, abym tam poszła. Sama idzie do kuchni.
Niepewnym krokiem przekraczam próg pokoju i siadam na brzegu łóżka. Robbie leży na brzuchu, z twarzą w poduszkach i cicho szlocha. Wokół jest pełno zużytych chusteczek.
- Hej, kochanie... Nie płacz... - gładzę jego włosy.
- Nie żartuj sobie. To nie Ty, Rena. - burczy pod nosem, ale jednak się odwraca.
Gdy nasze spojrzenia się spotykają, jego oczy nagle rozbłyskują, łzy przestają spływać po jego twarzy, a na ustach gości uśmiech.
- Rena! - rzuca się na mnie, aż oboje leżymy na miękkich pościelach.
- Nie wzięłam ślubu. Nie mogłam. Uciekłam. - wyznaję, a on całuje mnie czule. - Pominę tylko fakt, iż podczas przysięgi powiedziałam do niego Robbie. - dodaję ze śmiechem.
Picker także zaczyna się śmiać.
- Dobra decyzja. Kocham Cię, Ty moja mała weganko. - odpiera i przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie.
- Też Cię kocham. - szeptam i wpijam się w jego usta.
Całujemy się namiętnie, a kolejne ubrania lądują na podłodze. Pragnę go tu i teraz. W końcu możemy swobodnie być razem, gdyż odważyłam się postawić Modestowi. Nadszedł czas, abym sama decydowała o swoim życiu. A moje życie bez Robbiego nie istnieje, więc jestem szczęśliwa, że nie muszę ukrywać się z naszą miłością.

niedziela, 11 czerwca 2017

14 - Robbie

Parkuję samochód pod rodzinnym domem. Wyciągam wszystko z bagażnika i wchodzę do środka.
- Robbie, kochanie. - mama ściska mnie od wejścia. - Dobrze, że jesteś. - cmoka mnie w polik i bierze cześć rzeczy. - Chodź, twój pokój nadal na Ciebie czeka. - dodaję i kieruję się na piętro.
Ten sam kolor ścian, ten sam dywan, te same meble. Wszystko jest tak jak to zostawiłem. Siadam na łóżku i chowam twarz w dłonie. Dziś od pożegnania z Reną ciągle płaczę. Nie umiem opanować emocji.
- Hej, co jest? - siostra siada obok mnie.
- Wszystko jest nie tak. Dziewczyna, którą kocham poślubiła dziś innego. - odpowiadam i kładę się na poduszki.
- To musi strasznie boleć... - stwierdza i siada na brzegu. - A ona Cię kocha?
- Nawet nie wiesz jak bardzo... - wzdycham, wpatrując się tępo w sufit.
- To czegoś nie rozumiem... Kocha Cię, a wzięła ślub z innym? - spogląda na mnie zaskoczona.
- To długa historia i zbyt skomplikowana. Może kiedyś Ci ją opowiem. - zbywam ją i zamykam oczy, przywołując do siebie wspomnienie Re.  Moja mała weganka... Moja... Chociaż jest teraz "Panią Irwin".
- Idę już. Zejdź na kolację, okay? - siostra wstaje i wychodzi.
Leżę przed chwilę w ciszy, a następnie zrywam się z miejsca i włączam komputer. Drukuję sobie zdjęcie z Reną i wstawiam do jedynej wolnej ramki, którą potem przytulam mocno do serca. Chcę choć w taki sposób zapełnić tę cholerną pustkę. Przypomina mi się też, iż miałem napisać do Nate'a, gdy będę na miejscu, więc to robię. Zobaczymy jak będzie z próbami Lovesick Riot, przez czas, gdy ja będę leczył swoje złamane serce tu w Torrance. Zbyt wiele się wydarzyło, abym mógł teraz żyć spokojnie w LA. Zbyt mocno cierpię.

Wieczorem schodzę na kolację, chociaż nie jestem głodny. Dobrze zobaczyć rodzinę w komplecie, ale jeszcze lepiej by było, gdyby Rena była teraz przy mnie. Ale jej nie ma. "I'm not okay..." nucę pod nosem, a ojciec spogląda na mnie. Zwykle był oschły dla nas, ale dziś patrzy na mnie z miłością i przejęciem.
- Robbie, widać, że coś cię trapi. Proszę, powiedz nam... - łapie moją dłoń leżącą na stole.
Mrugam kilka razy oczami i zaczynam im opowiadać wszystko. Dzieląc się z nimi tym, robi mi się lżej. Czuję się nieco lepiej, gdy mogę podzielić się z nimi swoim bólem. Nawet te kilka lat rozłąki nie zniszczyły naszych relacji, a wręcz je wzmocniły. Siedząc z rodziną przy posiłku odczuwałem mniejszy smutek i wiedziałem, że tylko przy nich moje życie może wrócić do normy.

Kładę się w swoim łóżku i próbuję zasnąć, ale nie mogę. Ciągle wracam myślami do mojej małej weganki o zastanawiam się co robi. Czy tańczy z Ashtonem albo kimś z gości? Czy może akurat je coś? Albo wyszła na chwilę na balkon czy do łazienki? A może już zniknęła z Ashem w sypialni na noc poślubną, zupełnie zapominając o mnie? Dręczy mnie wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi, a Nate'a nie będę się wypytywał. Obiecałem dać im spokój po ślubie, więc muszę dotrzymać danego słowa. Muszę zapomnieć o Pyrenie Lucrezi.

sobota, 10 czerwca 2017

13 - Nia

Czekam pod ołtarzem na rozpoczęcie ceremonii. Rena idzie pod rękę z tatą, ale jej mina nie wyraża radości, a raczej smutek. Ojciec podaje jej dłoń Ashtonowi, mówiąc mu coś co zwykle ojciec panny młodej mówi. Duchowny rozpoczyna mszę. Zerkam co chwilę na Nate'a, siedzącego wraz z moją rodziną. Robbie pojechał do Torrance, gdyż wiedział, że nie da rady patrzeć na to wszystko. W sumie to go rozumiem. Szczerze kocha Renę i to on na nią zasługuje. Mama Ana i tata Kenny wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, jakby bali się, że Re odwróci się w pewnej chwili i ucieknie sprzed ołtarza. Ludzie z Modestu za to stoją uśmiechnięci od ucha do ucha, zadowoleni iż doprowadzili do tego pomimo przeszkód.

Nadchodzi moment przysięgi.
- Powtarzaj za mną. - ksiądz zwraca się do mojej siostry.
Rena niepewnie bierze pierścionek w jedną rękę, a drugą trzyma Ashtona. Duchowny wypowiada krótkie sformułowanie szeptem, tak by zgromadzeni tego nie słyszeli.
- Robbie, przyjmij tę obrączkę... - zaczyna, a Irwin spogląda na nią zaskoczony.
- Ashton... - podpowiada jej Calum, aby się poprawiła, ale ona odwraca się i nerwowo rozgląda.
- Panno Lovelis, możemy kontynuować? - pyta zniecierpliwiony kapłan. Harry i Richard z Modestu spoglądają na nią poirytowani.
- Robbie... - wzdycha i kieruje wzrok na mnie. - Gdzie on jest? - pyta, upuszczając złoty krążek.
- Nie ma go. Wyjechał. - odpieram, a ona zdejmuje z palca pierścionek zaręczynowy.
- Muszę go znaleźć. - rzuca przedmiot i rusza biegiem w stronę wyjścia.
Rodzice rzucają się za nią, a Richard podchodzi do mnie, podczas, gdy Harry idzie powiedzieć coś do księdza.
- Weźmiesz ślub z Calumem, teraz. - zarządza. - Ta kremowa sukienka świadkowej pasuje. Zrobimy dziesięć minut przerwy i rozpocznie się ceremonia.
- Nie! - sprzeciwia się Nate, stając tuż obok. - To moja żona! - cmoka mnie w polik i przyciąga mocno. - Nie oddam jej i będę walczył jeśli zajdzie taka potrzeba! - stawia się im.
- Kochanie, spokojnie. - splatam palce naszych dłoni razem.
- Zabić go! - zarządza, a ukochany rzuca się na niego z pięściami.
- Spokój! To Dom Boży! - krzyczy ksiądz z ambony, ale oni dalej się biją.
Robi mi się słabo, więc przysiadam na chwilę. Nie powinnam się stresować w takim stanie, bo jeszcze coś stanie się dziecku. Oddycham powoli i głęboko, podczas, gdy chłopaki z 5 Second Of Summer i służący do mszy lektorzy próbują ich rozdzielić bez skutku.
- Dość! - tata Kenny staje w drzwiach świątyni. - To koniec umowy między moimi dziećmi, a Wami. - oznajmia i pewnym krokiem podchodzi bliżej. - Nate, lepiej zajmij się Nią. - mówi mu spokojnie, więc Sais odpuszcza.
Kuca przy mnie, chwytając moje dłonie w swoje.
- Dzielny byłeś. - cmokam go w polik i biorę od Mirandy chusteczkę. Ocieram mężowi krew z twarzy. - Możemy wyjść?
- Tak. - zgadza się i bierze mnie za rękę.
Stajemy przed kościołem i patrzymy na siebie w ciszy. Od teraz możemy swobodnie być razem. Nikt już nas nie rozdzieli.

piątek, 9 czerwca 2017

12 - Robbie

Spoglądam na Renę leżącą na moim torsie. Tak bardzo nie chcę jej oddawać temu całemu Irwinowi. Kocham ją i powinna być na zawsze ze mną.
- See you lying next to me... - nucę jej do ucha fragment piosenki My Chemical Romance "Famous Last Words", a ona dotyka moich tatuaży.
- Jesteś cholernym romantykiem, wiesz? - odzywa się, gdy milknę.
- Tylko dla Ciebie, kochanie. - cmokam ją w polik i zerkam na zegar. - Pora się szykować.
- Nie chcę. - burczy pod nosem i lekko się podnosi.
Nasze spojrzenia się spotykają. Lovelis uśmiecha się delikatnie i wstaje z łóżka. Ubiera białą, koronkową bieliznę, podczas gdy ja ubieram się cały. Przeczesuję włosy i biorę z wieszaka jej suknię ślubną. Pomagam jej w ubraniu, a następnie jeszcze raz układam jej włosy i zakładam na głowę wianek. Re sama się maluje, a następnie prosi mnie o zapięcie butów. Gdy jest gotowa, robimy sobie zdjęcie w lustrze. Ja trzymam ją w pasie i cmokam w polik, a ona ma w dłoni kamerkę i patrzy na mnie z miłością. To będzie piękna pamiątka, którą po niej zachowam.

Wychodzimy o 15:30. Nia załatwiła z Modestem tak, iż ja odwiozę Renę do kościoła swoim własnym autem. Dziewczyna jeszcze nie wie, iż mam w bagażniku spakowane wszystkie swoje rzeczy i jadę do Torrance.
- Stresuję się... - zaczyna, nerwowo poprawiając pierścionek zaręczynowy.
- Nie masz czym. Będzie dobrze. A o mnie się nie martw. - odpieram i zatrzymuję samochód przed świątynią.
Wysiadam pierwszy, a następnie pomagam Renie. Czekam z nią dopóki limuzyną nie przyjeżdża jej rodzina. Wtedy też zjawia się Ashton. Goście zajmują miejsca w ławkach, Nia i Calum te przeznaczone dla świadków, a Irwin staje przy ołtarzu. Dzwony kościelne wybijają godzinę 4PM, a organista zaczyna grać marsz weselny. Re posyła mi ostatnie spojrzenie i rusza pod ramię z ojcem w stronę pana młodego. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Dotrzymałem słowa i nie opuściłem jej aż do ślubu. Po drodze przed wjazdem na autostradę robię sobie krótki postój na stacji z dwóch powodów: nie umiem już dłużej powstrzymywać łez, a samochód wymaga zatankowania. Gdy bak jest pełen, parkuję z boku i uderzam ze złością w kierownicę. Już nigdy więcej nie zobaczę Reny, a to tak strasznie boli. Pokochałem ją całym sercem, lecz ten głupi Modest stanął na naszej drodze do szczęścia.

czwartek, 8 czerwca 2017

11 - Rena

Po posiłku ubieram się i idę odnieść naczynia do kuchni. W przygotowaniach pomaga mi Robbie. Uczesanie to jego zadanie.
- Będziesz ślicznie wyglądać. - stwierdza i odkłada na bok grzebień. - Poradzisz sobie sama z make-upem? - pyta, a ja mu przytakuję. - To... Ja jadę odebrać twoją suknię. - cmoka mnie w polik i wychodzi.
Gdy tylko zamykają się za nim drzwi, po moich policzkach spływają pojedyncze łzy. Od dziś będziemy daleko od siebie. Nagle słyszę pukanie do drzwi.
- Mogę? - Nia zagląda do środka.
- Pewnie. - ocieram poliki brzegiem dłoni.
- Słuchaj, mama prosiła, abyś przyszła na chwilę do kuchni. Podobno pilna sprawa. - oznajmia i znika za drzwiami.
Schodzę do wskazanego pomieszczenia i dostrzegam tam Ashtona.
- Jest sprawa. - zaczyna chłopak.
- Ja jej powiem. - matka Ana przerywa mu. - Musisz powiedzieć Robbiemu, jak wróci, że pora na niego. Modest tak narzucił. - wyjaśnia.
- Co? Nigdy. Tylko on mi dziś pomaga. - sprzeciwiam się.
- A chcesz płacić Modestowi? - Irwin spogląda na mnie poirytowany. Jego przyszła żona upiera się, że jej najlepszy przyjaciel zostaje. Przyjaciel, który nawet nie został zaproszony na ślub.
- Mogę. Robbie jest dla mnie ważny. Po jego wyjściu, więcej go nie zobaczę, więc co Wam szkodzi? - odpieram i odwracam się od nich.
- Słońce, bądź grzeczna. Nie chcemy problemów. - mama kładzie mi rękę na ramieniu, którą od razu strącam.
- Coś jeszcze? Jak nie, to ja już idę. Muszę się pomalować. - rzucam i znów znikam w swoim pokoju.

Pół godziny później wraca Picker z sukienką.
- Sorry, że tak długo, ale jak zwykle były korki. - oznajmia od wejścia i kładzie rzecz na łóżku. - Pora się ubierać.
- Racja. - zgadzam się z nim i zdejmuję bluzkę, pod którą nie mam nic. - Pomożesz? - podnoszę biustonosz i macham nim do chłopaka.
- Tobie? Zawsze. - odpiera i podchodzi do mnie.
Czuję jego oddech na mojej szyi i dłonie, które kładzie na moim ciele. Przeszkadza zamiast pomagać.
- Robbie, wiesz, że to jest takie unholy? - śmieję się do niego.
- Ale chcesz tego. - odpowiada i kieruje się ze mną w stronę łóżka. Odwraca mnie twarzą do siebie i zaczyna całować. - Jest jeszcze sporo czasu, kochanie. Niech to będzie ostatni raz nim staniesz się "Panią Irwin". - maluje w powietrzu niewidzialny cudzysłów i pcha mnie na miękkie pościele.
Mam do niego cholerną słabość. Szybkim ruchem pozbywamy się ubrań, nie przerywając namiętnych pocałunków.
- Kocham Cię. - szeptam mu do ucha.
Chcę, aby to wiedział. Pomimo iż będziemy od siebie daleko, chcę by miał mnie w sercu. Próbowałam wykręcić się od ślubu, ale niestety nie udało się. Modest ma zbyt wielką władzę nade mną.
- A ja Ciebie, moja mała weganko. - odpowiada i schodzi z pocałunkami coraz niżej po szyi, aż do biustu.
To takie strasznie nieświęte. Teraz jestem z nim, a za kilka godzin będę w białej sukni przyjmowała sakramenty małżeństwa i Eucharystii. Czy to właściwe?

środa, 7 czerwca 2017

10 - Robbie

Taylor poprosiła mnie, abym wystąpił dla Reny na jej wieczorze panieńskim. Zgodziłem się, bo kocham Re, a Tay jest moją dobrą znajomą. Razem z Palumbo gramy w zespole z Natem i Justinem.
Parkuję samochód pod domem basistki i wchodzę do środka. Od razu uderza we mnie fala głośnej muzyki.
Na podłodze leżą puste butelki po szampanie, w pustym wazonie wrzucone są sztuczne ognie.
- A oto i największa niespodzianka! - Tay z wielką radością klaszcze w dłonie.
- Cześć wszystkim! - witam się z nimi, a potem ściskam każdą po kolei.
Wskakuję na stół, podczas gdy Nia zmienia muzykę na tą co ustaliliśmy.
- Specjalnie dla Ciebie gorący występ Robbiego Pickera! - krzyczy Miranda, nakładając na głowę Reny opaskę z różkami diabła.
Trzeba przyznać, że pasuje w nich Lovelis. Jest takim małym diabełkiem. Z jednej strony udaje grzeczną, posłuszną dziewczynę, a z drugiej grzeszy ze mną.

Po występie siedzimy jeszcze przez chwilę wszyscy w salonie Palumbo i jemy pizzę.
Impreza kończy się dopiero po drugiej w nocy. Zabieram Renę do jej domu i po cichu znoszę ją sypialni. Jest totalnie pijana. Po raz pierwszy widzę, aby panna młoda na dzień przed aż tak się upiła. Będzie miała niezłego kaca rano i zapewne będzie niewiele pamiętała. Kładę się z nią na łóżku, a ona wtula się we mnie mrucząc coś niezrozumiale.
- Nie zostawiaj mnie, Robbie kochanie. - ściska mnie mocno w pasie.
- Nie zostawię. Kocham Cię, Re. - cmokam ją w czoło i obejmuję ramieniem.
Gdy zasypia, długo jeszcze wpatruję się w sufit. Nie mogę pogodzić się z tym, iż już jutro stanie się żoną Ashtona. Nie chcę tego. Zerkam na moją małą wegankę i widząc uśmiech na jej ustach, sam się uśmiecham. Wtulam nos w jej włosy i po kilku minutach pogrążam się we śnie.

Z samego rana wstaję i idę przygotować Re śniadanie. Pożywny wegański posiłek, sok jabłkowy i tabletka na kaca. Zabieram wszystko i czekam przy niej aż się obudzi. Nie mam serca jej budzić, jest taka słodziutka. Ashton nie zasługuje na taki skarb, to pewne.
- Dzień dobry. - przeciąga się na łóżku i spogląda na mnie.
- Dzień dobry. - cmokam ją w polik i przysuwam do niej tacę.
- Głowa mnie boli... Nie chcę. - kręci głową.
- To pomoże. - wskazuję na tabletkę. - Poczekasz piętnaście minut i będzie lepiej. A zjeść musisz. Dziś ważny dzień. - odpieram i obejmuję ją.
Troszczenie się o tą małą wegankę to moje ulubione zajęcie.

wtorek, 6 czerwca 2017

9 - Rena

Piątek wieczór przed ślubem udajemy się z dziewczynami do klubu. Nia, Miranda i Taylor przygotowały dla mnie wieczór panieński. Oczywiście Modest kazał przyjść także Arzaleyi, Crystal i Alexie.
- Przeżyjesz to, spokojnie. - pociesza mnie Ni i zamawia u barmana cztery drinki z mango.
- Chyba... - wzdycham i rozglądam się po klubie.
Dziś wieczorem gra DJ Ryland. Coś tam o nim kiedyś słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji być na imprezie, gdzie on gra.
- Chodźcie na parkiet! - woła Taylor i zeskakuje ze stołka.
Ruszam za nią ze swoją szklanką. To ostatni wieczór, aby się wyszaleć. Tańczymy w tłumie obcych nam ludzi, śpiewając puszczane piosenki i ciągle się śmiejemy.
- Nie zapomnisz tej nocy! Mamy fantastyczną niespodziankę! - próbuje przekrzyczeć muzykę.
- Już się nie mogę doczekać! - odpowiadam jej i poprawiam zsuwające się ramiączko od sukienki. Krótka, czarna i obcisła. Idealna na wieczór panieński.
- Ale to po północy! A teraz skoro noc jeszcze młoda...! Chodź! Trzeba zaszaleć w tę ostatnią noc jako panna! - chwyta mnie za rękę i ciągnie do baru.

Około dwudziestej trzeciej jedziemy taksówką do domu Palumbo. Tam podobno czeka moja niespodzianka.
- Zamknij oczy. - zarządza Miranda, a Nia prowadzi mnie gdzieś.
Zatrzymujemy się i wtedy mogę spojrzeć. Na środku stoi wielki tort, a na stoliku jest kilka butelek szampana i zimne ognie.
- Zorganizujemy coś w rodzaju nowego roku! - woła z entuzjazmem Tay i przynosi z kuchni nóż. - Zacznijmy od zjedzenia tego apetycznego wegańskiego tortu z białą wegańską czekoladą! - podaje mi sztuciec.
Ostrożnie zaczynam kroić ciasto i nakładać na talerze. Palumbo przesadziła z tak dużym tortem na nas cztery, zwłaszcza dzień przed ślubem.

Gdy na zegarze wybija północ Nia i Miranda odpalają zimne ognie, a ja z Tay otwieram szampany. Po jednym na osobę. Coś czuję, że może być kiepsko ze mną podczas ceremonii.
Balujemy w najlepsze, aż nagle otwierają się drzwi, a w nich staje Robbie.
- A oto i największa niespodzianka! - Taylor z radością klaszcze w dłonie.
Robbie wita się z nami, a potem wchodzi na stół. Nia przełącza muzykę.
- Specjalnie dla Ciebie gorący występ Robbiego Pickera! - krzyczy Mir i nakłada mi na głowę rożki diabła.
Trzeba przyznać, że są pomysłowe, ale i szalone jednocześnie.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

8 - Robbie

Otwieram oczy i spoglądam na śpiącą w mych ramionach Renę. Wczorajszy dzień był niesamowity. Wyznała mi miłość. Cmokam ją w czoło i schodzę do kuchni, aby przygotować śniadanko dla niej. Jest dla mnie całym światem.
- Robbie... Zrobiłeś śniadanie, kochanie? - ta mała weganka przytula się do moich pleców akurat, gdy miałem zamiar iść do niej z tacą.
- Specjalnie dla Ciebie. - muskam jej wargi. Lubię to, że jest taka malutka. Przynajmniej mam pretekst, aby złapać ją za pośladki.
- Jesteś cudowny. - całuje mnie w polik i siada przy stole.
Jemy posiłek dyskutując żywo. Od wczoraj nic nie jest takie samo.
- Słońce, chciałbym, abyś zostawiła Ashtona i była tylko ze mną, ale wiem, że to niemożliwe, więc po ślubie usunę się z waszego życia. Tak bardzo mi zależy, że odpuszczę. Odpuszczę, aby Cię chronić, najdroższa. - czule gładzę jej dłoń.
- Nie chcę. Chcę, abyś był obok i zawsze tylko mój. - dotyka dłonią mojej twarzy. - Kocham Cię i zrobię wszystko, abyśmy mogli być razem. - złącza nasze usta w długim pocałunku.
Jestem pewien, że to zrobi. O miłość trzeba walczyć.

Przez następne dni spotykamy się potajemnie. Nigdy nie chciałem, być czyimś kochankiem, ale tylko tak mogę mieć ją blisko.
- Poćwiczysz ze mną przysięgę? - pyta, wlepiając we mnie wzrok.
- Dobrze. - staję naprzeciwko niej. - Ty zacznij.
- Robbie... - wypowiada kolejne słowa, trzymając moją dłoń.
- Reno... - powtarzam formułkę. - I nie opuszczę Cię aż do ślubu. - dodaję od siebie, a dziewczyna parska śmiechem. - No co, dałem Ci takie słowo.
- No tak, ale mylisz mnie. - zakłada ręce na piersi. - Jeszcze raz. - zarządza i z tego razu robi się kolejne dziesięć.
Uwielbiam ją, tę małą wegankę. Wszystko musi być idealnie w jej świecie, więc i to będzie ćwiczyć i ćwiczyć, a pewnie i tak sprzed ołtarza ucieknie.

niedziela, 4 czerwca 2017

7 - Rena

Mija kolejny tydzień. Moja matka jest zajęta, więc Robbie jedzie na przymiarkę ze mną.
- Na twoim miejscu jeszcze bym się zastanowił... - zaczyna temat.
- Wiesz jaka jest sytuacja. Wolałabym ślub z Tobą niż Ashtonem. - odpieram i spoglądam na krawcową. - Długo jeszcze? - pytam zniecierpliwiona.
Mam dość tego całego ślubu, tego wszystkiego. Mam ochotę tylko pojechać z Robbiem do jego domu, położyć się w jego ramionach i wypocząć. Przy nim czuję się kochana i bezpieczna. Przy nim mogę spokojnie pomyśleć, być sobą. Picker akceptuje mnie taką jaką jestem.
- Naprawdę? To może pojedziemy do Torrance i się pobierzemy? Moja matka nam pomoże. - proponuje, a ja wybucham śmiechem.
- Chciałabym, ale wiesz jaka jest umowa... - wzdycham cicho.
- Jakoś Nii i Nate'owi to nie przeszkadza. Za pół roku będą rodzicami. - mówi, a ja podnoszę na niego wzrok zaskoczona.
- Nic mi nie mówiła... Czyżby mi nie ufała? - mrugam oczami, aby się nie rozpłakać. Moja własna siostra tak mnie traktuje...
- Ja wiem od Nate'a. Boję się o niego. Przez przyjaźń z Tobą poznałem się na Modeście. - tłumaczy mi.
- To trudne. Zmieńmy temat. - kończę tę wymianę zdań. - Mogę iść się przebrać?
- Tak, tak, panno Lovelis. - odpowiada krawcowa, więc znikam za kotarą.

Po wyjściu z salonu sukien ślubnych, jedziemy do domu Pickera na obiad. Chłopak ogrzewa wegańską pizzę i nalewa wina. Doskonale wie, co lubię.
- Rena, muszę Ci to powiedzieć. - oznajmia z powagą.
- O co chodzi, kumplu? - pytam, odgryzając kawałek.
- Moja mama chce, abym na trochę przyjechał do Torrance. - wyjaśnia i upija łyk soku.
- Na długo? Kiedy? Chyba nie teraz... - łapię jego dłoń.
- Nie opuszczę Cię aż do ślubu, mała. - uśmiecha się do mnie. - Chyba twoja matka, by Cię zamęczyła...
- Dziękuję. - cmokam go w polik. - Masz całkowitą rację. Bywa bardzo irytująca.
- Te wszystkie przygotowania to sprawiają... Ale nie martw się. Niedługo będzie po wszystkim. - wstaje i przytula mnie od tyłu.
- Mam nadzieję. - podnoszę na niego wzrok.

Od kiedy tylko się poznaliśmy wspierał mnie. Zawsze, gdy coś mnie trapiło, pomagał mi, doradzał, gdy tego potrzebowałam. Zawsze też mnie kochał.
Pamiętam jak pewnego dnia wpadł do mojego domu i rzucił tyle "Coachella". Zupełnie się nie spodziewałam tego, co zaplanował. Było to krótko po powrocie z Paryża, niewiele przed początkiem przygotowań. Pojechaliśmy na ten słynny festiwal, ale wcale nie obejrzeliśmy żadnych występów. Rozłożyliśmy sobie piknik gdzieś na uboczu i rozmawialiśmy. W pewnym momencie mnie pocałował. Nie myślałam zbyt wiele, że obowiązuje mnie umowa z Modestem, po prostu to odwzajemniłam. Posadził mnie sobie na kolana i wsunął rękę pod moją bluzkę, więc wplotłam rękę w jego włosy. Uwielbiałam, gdy muskał moje usta swoimi. Uwielbiałam, gdy jego kolczyki w wardze dotykały mojej skóry. Uwielbiałam go całego, ale nie mogłam się do tego przyznać.
- Kocham Cię, Ty moja mała weganko. - szepnął mi do ucha i pocałował w szyję.
Odchyliłam głowę i pozwalałam mu na więcej. Pragnęłam powiedzieć mu, że też go kocham i być tylko jego, ale nie mogłam. Przesunęłam rękoma po jego plecach, a następnie złapałam za brzeg jego spodni. Zmysłowo przejechałam językiem po wargach. Wiedział doskonale co zrobić. Rozpiął moje szelki od spodenek typu ogrodniczki i powoli je zsunął.
- Tak tutaj? - spytałam, a on machnął tylko ręką i rzucił "To Coachella. Tu jest to w standardzie.".
Tak więc nic już nie mówiłam.
Po wszystkim przytulił mnie mocno i zabrał na noc do Motelu. Było nam mało, pożądaliśmy siebie tak bardzo...
Często wracam myślami do tego dnia i tak bardzo za nim tęsknię, choć jest obok. Jest tylko przyjacielem, to dlatego. Próbuję tłumaczyć sobie to wszystko jakoś, ale moje serce i tak ciągnie do niego. Z Ashtonem nigdy nie będę szczęśliwa, bo kocham tylko Robbiego. Nie mogę go stracić.
- Kocham Cię. - wypowiadam, uśmiechając się do niego, a on ze zdziwienia upuszcza widelec.
- Naprawdę? Rena! - podrywa się z miejsca i bierze mnie w ramiona.
Wykonuje ze mną ze trzy obroty i cmoka w czoło. Powiedzenie mu o uczuciach to była najlepsza decyzja.

sobota, 3 czerwca 2017

6 - Robbie

Po wyjściu Reny postanawiam trochę ogarnąć swój dom. Ta mała weganka potrafi zajrzeć w każdy kąt i zrobić wszędzie bałagan tylko dlatego, że szuka czegoś wegańskiego. Czasami się zastanawiam, czy nadal ma rozum, skoro szuka jedzenia nawet w łazience.
- Robbie, otwórz! - słyszę głośne dobijanie się do drzwi.
Otwieram je i widzę swoją matkę. Przez dobre kilka lat od kiedy opuściłem Torrance, aby grać z zespołem, nie odzywała się do mnie. Być może ja też zawiniłem… Czasami zachowuję się jak niewychowany szczeniak, ale wiem, że Patricia Picker nigdy się na mnie nie gniewa.
- Mamo? Co tu robisz? - pytam, wpuszczając ją do środka.
- Chcę wszystko naprawić, synku. - oznajmia, łapiąc mnie za dłoń.
- Nie jest za późno? - spoglądam na nią, zabierając rękę i siadając na sofie.
- Nigdy nie jest, Robbie. - przysiada się obok i spogląda na mnie z miłością jak w dzieciństwie.
Doskonale pamiętam jak bardzo mnie kochała. Ojciec trzymał w domu porządek, mama troszczyła się o nas. Wiele razy, gdy coś mi w życiu nie wychodziło, mogłem na nią liczyć. Nawet, gdy ukończyłem szkołę dbała o mnie i kochała. Codziennie rano czekało na mnie pożywne śniadanie, obiad i kolacja. Zawsze moje rzeczy były czyste, wyprane, wyprasowane. Teraz, gdy patrzymy sobie prosto w oczy, wiem, że skopałem sprawę. Powinienem pamiętać, aby odezwać się na święta, urodziny lub tak zwyczajnie. Powinienem okazywać więcej wdzięczności za to, że żyję i jestem takim człowiekiem jakim jestem. Powinienem powtarzać jej jak bardzo ją kocham, zwierzać się ze wszystkiego i  najważniejsze, po prostu przy niej być.
- Myślę, że ja też zawiniłem. - przyznaję się do błędu. - Cieszę się, że jesteś, mamo. - cmokam ją w policzek i wtulam w nią głowę.
Pojawiła się w najtrudniejszym momencie mojego życia. Teraz, gdy dziewczyna, którą kocham całym sercem, ma wyjść za innego. Teraz, gdy muszę wspierać Nate’a w jego skomplikowanej sytuacji. Teraz, gdy najbardziej jej potrzebuję.
- Chciałam Cię zobaczyć, tak po prostu. - delikatny głos matki dociera do moich uszu, a jej dłonie głaszczą mnie po głowie. - Chciałam choć trochę czasu spędzić z moim synem. Tęsknota to najgorsze zło świata. - dodaje i cmoka mnie w czoło.
- Tęsknota i nieodwzajemniona miłość. - poprawiam ją. Moje myśli ciągle krążą wokół Reny. Dziś rano była tak blisko, a za miesiąc będzie tak daleko, będzie żoną Ashtona.
- Chcesz się wygadać? - pyta. Doskonale mnie zna.
- Potrzebuję tego. Zbyt wiele się ostatnio wydarzyło… - zaczynam jej opowiadać wszystko od początku, od dnia, gdy poznałem Renę.

Wieczorem przygotowuję mamie miejsce do spania w pokoju gościnnym. Zostaje ze mną na weekend. Gdy rodzicielka zasypia, udaję się do swojej sypialni i kładę na łóżku. Pościele pachną Re. Oddałbym wszystko, aby mieć ją teraz przy sobie. Układam się wygodniej na poduszkach, przymykam oczy i widzę ją. Przed oczyma mam wydarzenia z dzisiaj. To jak w jednej chwili z grymasu uśmiechnęła się szczerze. To jak nasze usta się stykały. To wszystko. Przypomina mi się każdy jej dotyk, każdy śmiech, westchnienie czy spojrzenie. Wiem, że nie powinienem jej kochać, ale nie umiem. Moje serce należy tylko do niej i nic tego nie zmieni, choćbym do końca życia miał być kawalerem z psami. Nigdy nie pokocham nikogo innego, bo to ta mała weganka jest całym moim światem i żadna dziewczyna poza nią się nie liczy.

piątek, 2 czerwca 2017

5 - Rena

- Mam już tego dość. - siadam na brzegu łóżka Robbiego.
- Oj Rena, nie jest chyba tak źle. - odpiera i wstaje, aby przebrać się ze spodni od piżamy. Niecodziennie wpadam do niego o 6 rano.
- Jest okropnie. Wczoraj prawie do północy matka męczyła mnie o wybór dekoracji. - odpowiadam i kładę się na jego poduszki.
- Myślę, że problem nie leży tylko w dekoracjach. Twoje serce mówi coś innego. Nie chcesz tego, co? - spogląda na mnie, ubierając koszulkę.
- Być może... - wzdycham i odwracam się na brzuch.
- Mała, ze mną możesz być szczera. Jestem po twojej stronie, a nie twojej matki. - siada obok i gładzi mnie po plecach.
- Nie chcę o tym mówić. Nie chcę Cię przytłaczać swoimi problemami. - odpieram i ponoszę na niego wzrok.
- Chcę Ci pomóc. Nie upieraj się. - także się kładzie i obejmuje mnie ramieniem.
Wtulam się w niego i przymykam oczy.
- Okay, nie chcę tego ślubu. - wyznaję, patrząc mu w oczy.
- I kochasz kogoś innego, co? - pyta, a ja nie wiem co mam odpowiedzieć.
- Może... - zbywam go.
- A ja chyba wiem kogo... - muska moje wargi swoimi. Jego kolczyki są tak cholernie podniecające.
Wskakuję na niego i ponawiam pocałunki. Czuję jego palce pod moją bluzką, gdy szuka zapięcia od stanika, którego nie noszę.
- Poczekaj. Nie powinniśmy. To tylko przyjaźń. - odsuwam go kawałek.
- Święta racja. Ale wiedz, że jeśli chcesz, Robbie czeka. - rzuca ze śmiechem i zabiera dłonie.
- Albo wiesz co? Tego mi teraz potrzeba. - ściągam mu koszulkę i zaczynam całować namiętnie.
- Jesteś pewna? Odwrotu nie będzie. - chwyta moją twarz w dłonie.
- Tak, choć to niewegańskie. - załączam ponownie nasze usta.
Kolejne ubrania lądują na podłodze. Czuję jego bliskość i jest mi dobrze, choć mam pewne wątpliwości, bo chciałam czekać aż do ślubu, ale Robbie... Nie umiem mu się oprzeć. To nie pierwszy raz, gdy odsuwam od siebie wszelkie wątpliwości i oddaję się jemu cała. Być może jest on dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem.

Wracam do domu na obiad.
- Gdzieś Ty była tyle czasu? Mieliśmy wybrać dekoracje. - mama Ana jest wyraźnie zła.
- Przepraszam. Musiałam się przejść. - kłamię i siadam przy stole. - Więc... Od czego zaczynamy? - udaję zainteresowanie.
Moja mama nigdy nie była za Robbiem. Zawsze wszystko na złość. Ona jedno, on drugie. Od kiedy tylko się pojawił w moim życiu powiedziała, że ma się trzymać z daleka ode mnie i nigdy nie będzie dla mnie kimś więcej niż przyjacielem.
- Dekoracje samochodu. Ashton proponuje takie. - pokazuje mi delikatne białe kwiatki. Nie wiem co to dokładnie jest, bo nie przypomina ani róży, ani innych ślubnych kwiatów.
- Mogą być. Skromnie i dobrze. - zgadzam się byle mieć to za sobą.
- Okay, a teraz sala. - bierze katalog do ręki i ogląda ze mną. Stara się być opanowana, nie tak jak wczoraj.
- Tylko nie beżowe dekoracje! - oburzam się, gdy pokazuje mi wybór rodziny Irwin. Ci ludzie totalnie nie mają wyczucia stylu. - Lepiej będzie coś podobnego do dekoracji auta. - dodaję i biorę do ręki inny katalog.
Nudzi mnie to strasznie, ale nie mogę inaczej. Kontrakt, który podpisaliśmy z Modestem zobowiązuje nas do wypełniania wszystkich zleceń. Początkowo to były zwykłe wyjścia np. na koncert, pizzę, ale potem… Zaczęli wymagać coraz więcej, aż w końcu padło hasło "ślub".
- Może takie? - mama pokazuje mi śliczne białe orchidee, z lekkimi prześwitami różu na płatkach.
- Śliczne. Powinny pasować. - odpieram i wstaję od stołu. - Wszystko?
- Tak. W przyszłym tygodniu masz przymiarkę sukni, bo już za miesiąc ceremonia. - odpowiada i bierze do ręki telefon. - Mam jeszcze trochę do załatwienia, tak się pospieszyli. - dodaje i wychodzi.
Idę do pokoju Nii i chcę z nią porozmawiać. Jako siostra powinna mnie wspierać.
- Przeszkadzam? - kukam do pomieszczenia.
- Nie. Nate tylko naprawia mi laptopa. - odpiera z uśmiechem. - Siadaj. - wskazuje na miejsce obok siebie.
- Jak tam przygotowania do ślubu, Rena? - odzywa się Sais, przerywając na chwilę pracę.
- Jakoś tam idą. Z małym oporem, ale idą. - stwierdzam ze smutkiem. Zdecydowanie nie chcę tego ślubu i to, iż wszystko szykujemy na ostatnią chwilę to tylko moja wina.
- Ah… My z Nią to już od trzech tygodni po… - mówi, a ja spoglądam na nich zdziwiona. Nic nam nie mówili.
- Serio? - pytam z niedowierzaniem.
Od kiedy tylko się poznali mieli ze sobą na pieńku. Oboje perkusiści, oboje uparci… Nie było dnia bez kłótni o byle drobiazg… A teraz? Teraz są małżeństwem!
- Tak. Nate oświadczył mi się jeszcze nim ostatnio jechałyśmy w trasę, a ślub wzięliśmy trzy tygodnie temu podczas naszego urlopu w Paryżu.
- Paryż? Romantycznie. - rzucam ze śmiechem.
Sama mam dobre wspomnienia z Paryżem. Właśnie wtedy tak bardzo zbliżyłam się do Robbiego. Niby to był tylko jeden pocałunek pod Wieżą Eiffla, ale jednak. To był mój pierwszy pocałunek, ale nie to czyni go magicznym. Do tej pory nie umiem zapomnieć. Ten błysk w jego oczach, jego ramiona obejmujące mnie mocno i te usta… Zapieramy się, aby to było coś więcej niż przyjaźń, ale serc nie umiemy oszukać.
- Wiem. Moje słoneczko jest takie kochane… - Ni cmoka chłopaka w polik.
- Zastanawia mnie tylko czemu ze sobą nie mieszkacie… - kontynuuję temat. Wolę słuchać o czyimś życiu, niż mówić o swoim.
- Nie? Nie zauważyłaś nic? - siostra wstaje i otwiera szafę. Ma w niej pełno ubrań, także Saisa.
- To czemu nikt o tym nie wie? Przecież Nate wraca na noc do siebie… - nie umiem tego zrozumieć.
- Wychodzi drzwiami i wraca oknem. Nie po to jest pod moim oknem drewniana drabina na róże… - Ni odpiera zadowolona. Oni to są pomysłowi.

---
Dziś przenosimy się w romantyczne klimaty... do długo wyczekiwanego przez Rikeroholic momentu, tego "niewegańskiego aktu" jak to nazywa.
Obiecuję, że w następnym rozdziale niemniej emocji oraz kolejny nowy bohater!
XOXO
Wiki R5er