Niedzielny
poranek po jakże nieudanym ślubie. Spotykamy się wszyscy przy stole: ja, Nia i
jej rodzice. Kenny spogląda na mnie z serdecznością, a w oczach Any jest złość.
Goście z Modestu mieli z nią wczoraj ostrą wymianę zdań, po tym jak rzuciłem
się na tego jednego z pięściami. W każdym razie, teściowa jest na mnie zła, że
walczyłem o własną żonę. No cóż, nie wszystko musi być w życiu kolorowo.
-
Czy mógłbyś podać mi pomidora? - pyta Ana, patrząc prosto na mnie.
-
Proszę bardzo. - podaję jej talerz. - Czy możemy porozmawiać o tym, co
wydarzyło się wczoraj?
-
Oczywiście. Nawet powinniśmy. - zgadza się Kenny. - Zacznę od tego, że naprawdę
Cię podziwiam. Uważam, że jesteś odpowiedni dla Nii. Przy Tobie będzie
szczęśliwa i bezpieczna. - mówi kilka pochlebnych słów.
-
Przepraszam za wszystko. - wtrąca się Ana. - Byłam tak ślepo zaopatrzona w nich,
że zapomniałam o szczęściu dziewczyn. A to one są najważniejsze. - kontynuuje,
a ja chwytam jej dłoń.
-
Jest dobrze. Najważniejsze, że teraz ze sobą rozmawiamy i jesteśmy na dobrej
drodze. - uśmiecham się do niej.
-
Dziękuję Ci, Nate. Mam nadzieję, że będziesz już zawsze kochał tę małą kulkę
szczęścia. - wskazuje wzrokiem na Ni i wraca do jedzenia śniadania.
-
A co z Reną? - do rozmowy włącza się Ni.
-
Pojechała za Robbiem. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. - odpiera pan Enea.
-
Kochają się, więc na pewno się uda. - zapewniam go i przytulam do siebie żonę.
-
Oby. Pasują do siebie. - stwierdza teść i odsuwa od siebie pusty talerz.
Jestem
szczęśliwy, że sprawa moja i Nii tak się rozwiązała. Jestem szczęśliwy, że jest
blisko i nie muszę już się ukrywać, wchodzić przed okno i robić tych wszystkich
głupich rzeczy co do tego momentu.
Popołudniu
w naszym domu zjawiają się Rena i Robbie. Uśmiechnięci, wtuleni w siebie. Czyli
wszystko jest dobrze.
-
Wróciliście! - Nia rzuca się na nich i mocno ściska.
-
Miło znów widzieć Was razem. - dołączam się do uścisku.
Po
chwili przyłączają się także Ana i Kenny.
-
Już starczy. Dusicie. - szepta Re, więc wszyscy się odsuwamy. - Ah, nawet nie
wiecie jaka jestem szczęśliwa. Mam Robbiego już na zawsze, jestem wolna od
Modestu, a Wy chyba mnie rozumiecie? - mówi, idąc z Pickerem za rękę do salonu.
-
Oczywiście. I zorganizujemy Wam taki ślub jaki będziecie chcieli. - pan Enea
siada obok córki.
-
I będziesz mogła mieć taką suknię jaką chcesz. Nawet wegańską z folii. - dorzuca
mama i siada u Kenny'ego na kolana.
-
Jaka śliczna rodzina... - zachwyca się Nia. - Zróbmy sobie zdjęcie! - z
entuzjazmem klaszcze w dłonie i bierze z półki mój aparat.
Ustawia
go na wprost, włącza samowyzwalacz i szybko do mnie podbiega, wtulając się
mocno. Urządzenie robi kilka ujęć, więc nie będzie żadnych głupich zdjęć,
wiszących na ścianie w salonie rodzinnym Morze Enea. Ah, jak dobrze, że w końcu
wszystko jest tak jak być powinno.
Hej! Czy to już koniec tej historii!?
OdpowiedzUsuńChyba jeszcze epilog się należy, co? ;)
Pozdrawiam